Wyprawa do plemienia Mursi jest jednym z głównych punktów wyjazdów turystycznych na południe Etiopii. Po bardzo skromnym śniadaniu, około dziewiątej rano wyjeżdżamy z Jinka Resort, Resort? hmm… Hotel to duże słowo, pokoiki w domkach ze stalowymi oknami, czasami była woda, jak ktoś dobrze trafił nawet ciepła. My mieliśmy zimną, ale co tam, Afryka. Z drugiej strony jak porównamy Jinka Resort z chatami plemion to jest to jednak luksus. Nasz przewodnik stwierdził, że to najlepsza lokalizacja w mieście, które jest idealną bazą wypadową do parku narodowego zamieszkanego przez plemię Mursi.
W miejscowym sklepie kierowcy kupują dla nas wodę na cały dzień. Przydział to litr wody na pasażera i musimy stwierdzić, że jest wystarczający, w razie braku dzielimy się. Wyruszamy na południe do Parku Narodowego Mago, terenów zamieszkałych przez plemię Mursi. Jest jeszcze rano, ale słońce świeci już całkiem mocno i robi się coraz bardziej ciepło. Ponad dwie godziny powoli jedziemy szutrową drogą podziwiając górzyste widoki i obserwując najmniejsze na świecie antylopy – Dig -Digi.

w parku narodowym Mago

Wjazd do parku i jego symboliczna brama nie robią na nas większego wrażenie. Turysta musi się uważnie wczytać w bardzo ważną informację, a mianowicie: poruszanie się po terenie parku jest możliwe tylko w asyście uzbrojonych skautów, ochroniarzy, przewodników. Ciężko stwierdzić kim są i jednoznacznie nazwać tych uzbrojonych w karabiny i dzidy mężczyzn, ale są oni wymagani przez lokalne władze i bez nich nie moglibyśmy wjechać do parku. Dlaczego? Plemię Mursi (z ludu Suri) jest uważane za jedno z najbardziej agresywnych plemion południa Etiopii.

Wioski plemienia Mursi różnią się od wiosek innych plemion. Wydają się być tymczasowe, niedbale zrobione. Chaty, a może raczej szałasy zrobione są z traw i mają bardzo małe wejścia. Przed chatami ognisko i wszędzie obserwujemy porozrzucane śmieci. Ale póki co widzimy to wszystko z samochodów, nasi kierowcy proszą, aby nie wysiadać do czasu jak lokalny przewodnik wynegocjuje cenę i zasady wizyty w wiosce.

w wiosce Mursi

Zasady wizyty i to komu się zapłaci jest bardzo ważne. Przewodnik, który mówi zarówno w języku amharskim i języku plemienia Mursi negocjuje i płaci starszyźnie uzgodnioną kwotę za naszą wizytę. Wraca do nas i dopiero wtedy możemy wysiadać. Zasady fotografowania zostały również dla nas ustalone: 200 birrów (około 30 zł) za aparat, telefon to także aparat :). Po zapłaceniu dodatkowo tej kwoty z własnych pieniędzy, ruszamy do wioski.

Wraz z pojawieniem się naszej grupy w wiosce z chat wychodzą kobiety, dzieci zainteresowane przybyciem samochodów obserwowały nas z ukrycia już wcześniej. Zostajemy otoczeni przez kobiety, które zaczynają realizować swoje podstawowe zadanie. Każda z nich ma gliniane krążki, które turysta powinien, wręcz musi zakupić. Najlepszym sposobem na pozbycie się natarczywych sprzedawczyń jest zakup jednego takiego przedmiotu (koszt od 50 do 100 birrów) i pokazywanie z uśmiechem, że już mam i więcej nie potrzebuję.

krążki w ustach kobiet plemienia Mursi

A co to są te krążki? Kobiety plemienia Mursi mają rozcięte wargi i wkładają sobie w to rozcięcie krążki. Proces zaczyna się jak dziewczynka ma pięć lat, od przebicia ust i małego kijka, poczy coraz to większy, większy, aż na końcu talerzyki o średnicy ponad 10 cm. Dlaczego? to pytanie jest na ustach każdego z nas. Na podstawie relacji naszego lokalnego przewodnika powody mogą być dwa: (1) dla urody, z gustami się nie dyskutuje; (2) dla bezpieczeństwa, tak oszpecone kobiety nie były interesujące dla handlarzy niewolników i wojowników z innych plemion. Fakt, że Mursi wiecznie z kimś wojowali skłania nas ku tej drugiej teorii.

zdjęcia w wiosce Mursi

Zrobienie zdjęć w wiosce Mursi, ciekawych portretów w samo południe to trudna sprawa. Równikowe słońce ostro rzuca cienie na twarzach, cały czas ktoś nas łapie za rękę i chce zainteresować czymś do sprzedaży. Dodatkowo nasi gospodarze wcale nie są zainteresowani pozowaniem. W swojej naiwności, aby trochę rozbić ostre światło chciałem skompensować cienie używając blendę. Niestety jak tylko ją rozwinąłem nasze modelki przestraszyły się i nie chciały współpracować. Porażka, pełna improwizacja w zastanych warunkach.

Wokół nas biegały małe dzieci, one chyba najbardziej były zainteresowane białymi turystami. Szybko nawiązywały kontakt i pokazywały swoje zabawki: pustą butelkę po wodzie, zatyczkę długopisu. Czasami speszone biegły i chowały się do chaty, aby za chwilę znowu podbiec z powrotem i dziwić się swojemu portretowi na małym ekranie LCD aparatu fotograficznego.

Mursi

coś przemija w dolinie rzeki Omo

Poniższe zdjęcie jest moim ulubionym, oddaje to nieopisane napięcie w wymianie spojrzeń pomiędzy ludźmi z kompletnie innych kultur. Trochę smutne, ale waleczne. A ta łza, niech każdy ją przeczyta na własny sposób. Może to jest łza ostatniego pokolenia Mursi urodzonego w “starym świecie”. Turyści, dostęp do telefonu komórkowego, nowa droga, to wszystko zmienia Dolinę Rzeki Omo w komercyjny skansen.

dziecko z plemienia Mursi, łza

Jinka, Etiopia
styczeń 2019