Zaczęło się dość niewinnie. Zaplanowaliśmy wyjazd w Tatry, nic wymagającego, kilka szlaków w weekend. Człowiek planuje, a życie sobie. W piątek musiałem wrócić do Gdańska, więc Anna wymyśliła góry, ale w Norwegii. Lot samolotem do Alesund jest krótszy i tańszy niż przebijanie się samochodem przez całą Polskę. I tak w piątkowy wieczór wylądowaliśmy w górach północnej Norwegii, a już w niedziele na największym w Europie lodowcu Jostedalsbreen.

W niedzielny poranek wstaliśmy dość wcześnie, aby dojechać do bazy pod lodowcem. Wygodny parking, zaledwie kilkadziesiąt samochodów, raczej spokojnie. O umówionej godzinie pojawili się przewodnicy i zaczęło się. Wyprawa na nasz pierwszy lodowiec. W górach wiemy co robić, ale lodowiec – to dla Nas coś nowego.

W drodze do czoła lodowca

Z parkingu nad brzegiem jeziora widać zaledwie mały skrawek czapy lodowej. Wydaje się łagodnie wypływać spomiędzy surowych, nagich granitowych skał wprost do błekitnego jeziora. Po krótkiej odprawie i odbiorze sprzętu wsiedliśmy na łódkę, która przewiozła nas na drugą stronę jeziora Nigardsbreen. Teraz już nie było odwrotu.

Mniej więcej po pokonaniu jednej trzeciej szlaku widać umowną granicę dla turystów. Tak naprawdę w Norwegii nie ma zakazów chodzenia w górach, nawet poza szlakami. Ale lodowce rządzą się swoimi prawami. Za tą symboliczną granicą na lodowcu można być już tylko z przewodnikiem, lub posiadając specjalne zezwolenie na eksplorację lodowca i pól lodowcowych. Bez zezwolenia koszt takiej wycieczki może okazać się dość duży.

Z daleka dystans pomiędzy brzegiem jeziora, a czołem lodowca wydaj się niewielki. Prawda jest inna, to ponad godzinna wspinaczka, dwa przejścia przez potoki po wiszących mostach i kilka kładek skonstruowanych z drabin wspinaczkowych. Poziom trudności raczej łatwy. Wyzwaniem mogą być bardzo śliskie skały, mokre od padającego co chwilę deszczu lub wody z przeciskających się pomiędzy skałami potoków.

Pierwsze kroki na lodowcu

Dotarliśmy do czoła lodowca. Założyliśmy stalowe raki na nasze buty trekkingowe. Dobrze przypięte parcianymi rzemieniami, sprawdzone. Pierwszy krok po surowej skale. Zdziwienie. Stalowe zęby raków nie ślizgają się na litej skale. Nasze uprzęże wspinaczkowe wpinamy w linę. Wchodzimy na lodowiec Jostedalsbreen, największy lodowiec w Europie. Pierwszy krok, rak wpija się w lód. Zaczynamy niepewnie naszą wyprawę. Krok za krokiem wspinamy się na lodową górę.

Czego się spodziewać na lodowcu. Na pewno nie lekkiego śnieżku i zimowej aury. Raczej klimat księżycowy, twardy lód pomieszany z drobinkami skał i ziemi. Padający deszcz i podmuchy zimnego wiatru. Każdy krok w rakach to wbicie kolców w lód, przełożenie drugiej nogi do przodu, wbicie kolejnego raka w pokrywę lodową. I tak krok za krokiem. Dość wolno, męczące, ale jak się znajdzie rytm to zaczyna działać się bardzo mechanicznie. Robienie zdjęć to wyzwanie, bo nie można opóźniać grupy. W jednej ręce czekan w drugiej lina zabezpieczająca, którą wszyscy jesteśmy spięci. Bezpieczeństwo jest ważniejsze od zdjęć, trudno. Największe zagrożenie to szczeliny lodowe, które mijamy po prawie i lewej stronie. Pod nami słyszymy potoki lodowcowe, które wypłukują lód. Najwięcej osób na lodowcach ginie właśnie w szczelinach.

W lodowej jaskini

Po około pół godzinie powolnego wchodzenia na lodowiec grupa znalazła swój rytm, wspinaliśmy się sprawnie na coraz wyższe partie lodowca. Dzięki temu, że grupa okazała się zdyscyplinowana nasz przewodnik zaproponował wejście do jaskini lodowcowej. To co uderzyło każdego z nas to niesamowity niebieski kolor. W jaskini poczucie surowości lodowca jest bardzo spotęgowane, lód otacza nas z każdej strony, jest ciasno. Dziwne wrażenie, trochę może to strach. Idziemy kilkadziesiąt metrów, wokół tylko lód, pod nogami woda. Zdjęć specjalnie nie retuszowaliśmy, wszystko jest niebieskie, a elektronika aparatu odpowiedzialna za balans bieli totalnie głupieje 🙂

Odczucia towarzyszące eksploracji lodowca Jostedalsbreen to strach przed surowością otaczającego nas lodowego środowiska, ale i ciekawość. Człowiek nie czuje się tu swojo, ma się wrażenie, że nie pasujemy tam, nie jesteśmy przystosowani do życia na lodowcu. Z resztą co jest przystosowane :). Bakterie i pierwotne formy życia. Zwierzęta, które przez pomyłkę zejdą na lodowiec często giną w labiryncie jego szczelin. Mieliśmy okazję zobaczyć kilka zmumifikowanych zwłok małych gryzoni i reniferów. Widok raczej nie do zakwalifikowania jako estetyczny.

A teraz jeszcze wspólne zdjęcie zrobione przez naszego przewodnika w trakcie krótkiej przerwy. Postarał się 🙂

Na lodowcu Jostedalsbreen spędziliśmy kilka godzin. Dzień pełen przeżyć, trochę męczący. Nie trzeba mieć przygotowania alpinistycznego, ale z całą pewnością trzeba radzić sobie z lękiem wysokości i takim zwykłym strachem. Trzeba pamiętać, że idzie się grupą i zachowanie każdego w grupie ma wpływ na wszystkich. Dotyczy to także ostrożności, w końcu wszyscy jesteśmy przypięci do tej samej liny.

Gdy zeszliśmy z loowca Jostedalsbreen, kontakt z granitową skałą był nawet przyjemny. Trochę czasu zajęło nam przyzwyczajenie się do normalnego trekkingu, bez raków. Schodzenie do jeziora poszło sprawnie, chociaż powoli robiło się już szaro. Ostatnie zdjęcia lodowych odłamków i ostatnie portrety w wykonaniu Anny. Wyglądam na trochę zmęczonego.

Przewodników i pomocy szukaliśmy na stronach https://en.sognefjord.no/things-to-do/activities/glacier-walking https://www.bfl.no/en/

Anna i Wojtek,
Norwegia, Lipiec 2019